Majowy weekend

Beskid Śląski i Żywiecki, 29.04-1.05 2006 r.

I w końcu długo oczekiwany wyjazd. Jest sobota - pakowanie i w drogę. Pociąg do Wisły pełen jak na długi weekend przystało. Towarzystwo niczego sobie oprócz coraz bardziej pijanej i niegrzecznej pary - na szlaku będzie lepiej. Czekamy tylko by jak najszybciej dojechać bez żadnych przepychanek. I w końcu doczekaliśmy się Wisły. Teraz tylko autobusik do Malinki i w drogę. Pozostało nam podejście na początek szlaku. Po drodze mijamy ładny lecz sztuczny mały wodospad.

Jest godzina 19, rozpoczynamy jak się potem okazuje jeden z najciekawszych naszych wypadów. Chcemy dojść jak najdalej by następnego dnia mieć sporo czasu na zdobycie Baraniej i zdążyć na poranną niedzielną mszę w Milówce. Plany planami ... Ciągle podejście w górę, czasem bardziej płasko, ale tylko na chwilkę. Zaczyna padać deszcz, jest mgła; jakiś wyciąg narciarski więc robimy chwilę przerwy. O mało co się nie gubimy, na szczęście odnajdujemy szybko szlak. Widać coraz mniej. Po dłuższym podejściu postanawiamy spojrzeć na mapę i zorientować się gdzie właściwie jesteśmy. Podnosimy wzrok z nad mapy a tu ... ciemno. Mgła coraz bardziej ogranicza widoczność, a my nie wiemy gdzie jesteśmy oprócz tego, że na właściwym szlaku. No nic, jeszcze trochę i szukamy jakiegoś miejsca na nocleg. Niestety pojawia się coraz więcej płatów śniegu, a i gęsty las nie pozostawia nam zbyt wielkiego wyboru ... idziemy dalej. Jakaś polanka, więc może tu? Z ciemności wyłania się jakiś domek, a polanka okazuje się strasznie nierówna, więc nic z tego. Po drodze jeszcze napotykamy jakieś domostwa z ujadającymi psami, dżip, przyczepę i małą koparkę, nie mówiąc o powalonych drzewach co kilka metrów. Wchodzimy na jakiś szczyt (Gawlas?), chwilę później tracimy już całkowicie szlak, a i widoczność ogranicza się miejscami do 2 metrów. Zapada decyzja - rozbijamy namiot. Udało się znaleźć kawałek ziemi, gdzie nie ma powalonego drzewa bądź jakichś konarów. Rozbijamy namiot, jemy kolację i spać. Pada coraz bardziej co utrudnia nam zaśnięcie, tak samo zresztą jak niepewność gdzie jesteśmy. 23.30- słychać coraz bardziej jakieś motory, dźwięk się nasila a w głowie pojawia się myśl "a co jeśli rozbiliśmy się na jakiejś drodze?". Zrywam się, widzę światło motorów jak rozświetla wnętrze namiotu. Wychylam głowę na zewnątrz i widzę tylko oddalające się już światła. Droga jest kilka metrów pod nami. Kładziemy się z powrotem. Zasypiamy i co chwilkę się budzimy, tak mija cała noc. Spanie utrudnia też pozycja namiotu, czyli to, że jest rozbity na pochyłym terenie - co chwilkę zjeżdżam w dół namiotu.

Budzimy się a w namiocie ciutkę jaśniej. Wstajemy. Bez zastanowienia nawet nie jemy śniadania. Tylko łyk gorącej kawy z termosu i jak najszybciej stąd zniknąć. W świetle wstającego dnia widzimy z przerażeniem gdzie spaliśmy. Wokół mnóstwo powalonych drzew i wysoko wystających korzeni, aż dziw, że po ciemku znaleźliśmy ten kawałek na nocleg. Zwijamy namiot, pakujemy plecaki i w drogę - dochodzi 6. Trasa na Baranią Górę coraz bardziej zaczyna przypominać krajobraz po bitwie (bądź kilku). Wszędzie powalone drzewa, mnóstwo błota a szlak wskazuje mi tylko moja intuicja. Dalej nie jest lepiej. Zaczyna się podejście pod Baranią. Stromo, dużo śniegu i co kilka metrów powalone drzewa torujące drogę. Co kilka kroków zapadamy się w śniegu. Jeśli już nas to mija to szlak serwuje nam przejażdżki po oblodzonych pniach drzew w stronę odwrotną do naszej zamierzonej. Kilka razy tylko refleks pozwala nie zjechać w dół. Zapadam się jedną nogą po samo biodro, reszta pozostaje na powierzchni. Mając na plecach ciężki plecak nie mam już ochoty nawet się podnieść, pomijając już to, że to bardzo trudne w takiej pozycji. Na śniegu nawet trochę śladów - jak i kto tu przechodził (?), to dla mnie tajemnica (szczególnie jak). W końcu docieramy resztkami sił na szczyt. Na szczęście ktoś odkopał ławkę z pod śniegu, jest gdzie usiąść, zjeść i odpocząć.

Prawie godzinny odpoczynek i wejście na wieżę widokową, z czystej ciekawości, bo na widoki nie było ... widoku Plecaki na siebie i w drogę. Zaczynami schodzić z Baraniej, a Basia serwuje mi dowcipy z rodzaju "co wzięłam a co się nie przyda". I tak brodząc w śniegu ledwo idę zanosząc się śmiechem na wspomnienie mleczka do opalania (nie będę wspominał o moim dezodorancie bo nie przystoi). Powolutku dużą ilość śniegu zastępują spływające wzdłuż i wszerz potoki. Buty mam już przemoczone - niestety. Krótki odpoczynek i proszę: mamy okazję podziwiać pierwsze od naszego wejścia na szlak promyki słońca przebijające się przez chmury. Widok wspaniały i napawający otuchą. Za następną godzinkę widzimy już pierwsze domostwa. Zejście w dół i marsz do Milówki. Po drodze jakiś, strasznie szpecący widok, budowany wiadukt. W Milówce jesteśmy ok. 13. Nogi bolą, w brzuszku pusto, a jak się okazuje następna msza dopiero o 18. Postanawiamy nieco odpocząć, przesuszyć buty i zjeść najtańszy obiad w pobliskim lokalu. Pierwszy raz w życiu cieszy nas tak długie oczekiwanie na posiłek, co daje nam możliwość odpoczynku w cieple. Pierwszy raz też właśnie tu myjemy ręce oraz twarz. Jedzonko pyszne i przede wszystkim ciepłe. Zostaje jeszcze trochę czasu, więc siadamy na rynku, suszymy buty oraz spodnie które rozkładamy na plecaku. W końcu dochodzi 18. Udajemy się do kościoła i o dziwo ludzie nawet tak bardzo nie zwracają uwagi na dwie osoby w obłoconym ubraniu i z dużymi plecakami.

Teraz pozostaje nam tylko dojście na Halę Boraczą i kładziemy się spać. Kończy się droga a zaczyna ścieżka. Zapada też zmrok. Na szczęście bardzo dobrze pamiętam ten szlak z naszego zimowego wypadu na Boraczą, wtedy zajął nam 3 godziny. Zapalamy latarki i w drogę. Szybko mijamy charakterystyczne odcinki tego szlaku i po 45 minutach wychodzimy z lasu na polanę. Mgła jest już tak gęsta że znów widzimy tylko na kilka metrów. W schronisku jakoś strasznie głośno, a przed nim sporo aut. Gospodarze odradzają nam rozbijanie namiotu ze względu na sporą, pijaną już ekipę. Korzystamy z propozycji noclegu w "domku" przy schronisku. Możemy się zamknąć i bezpiecznie oraz spokojnie przespać noc ... przynajmniej teoretycznie. Jak się okazuje zamek jest zepsuty (jak się dowiaduję ktoś po pijaku dał mu wycisk siekierą). Ale jest jeszcze zamek w pokoju. No cóż, też zepsuty (powód nie znany). Ale gospodarz uspokaja że będzie miał oko na towarzystwo, więc możemy spać spokojnie. Tak z przezorności blokuje drzwi piętrowym łóżkiem i kładziemy się spać. Usypiamy dość szybko i o wiele spokojniej niż poprzedniej nocy. Ok. 1 w nocy jednak budzi nas dość głośne otwarcie drzwi "naszego domku" i dobijanie się do naszego pokoju. Nie mamy pewności co się dzieje więc siedzimy cicho ile się da. Ktoś krząta się w budynku a potem zamyka za sobą drzwi ... pokoju naprzeciw. Staramy się spokojnie leżeć i uspokoić skołatane od emocji serduszka. Osoba ta wychodzi po pewnym czasie i po ok. godzinie znów wraca, idzie prosto do pokoju naprzeciw, więc już jesteśmy w miarę spokojni, bo nie zainteresował się naszymi drzwiami i w miarę sprawnie zasypiamy. Czyżby to gospodarz dbał o nasz spokój? A może kogoś znużyło już towarzystwo? Chyba się już nie dowiemy.

Przedostatni dzień naszej "wycieczki" (jak się potem okazało jednak ostatni). Już przy wyjściu z Boraczej poszliśmy czarnym szlakiem nie w tą stronę. I tym sposobem przedłużyliśmy trasę na Rysiankę o 1-1,5 godziny. Zaraz po wstaniu z łużeczka przywitało nas słońce, w końcu, więc jakoś raźniej nam się szło tą przedłużona trasę. Samo podejście z Żabnicy na Rysiankę była dla nas już dość męczące, szczególnie sama ośnieżona końcówka. Bardzo zmęczeni i niewyspani w końcu znaleźliśmy się w schronisku na Rysiance. Jest już południe, my w kiepskiej formie, warunki średnie, a przed nami jeszcze dojście na Halę Miziową i plany wejścia na Pilsko. I tu sięgając po rozum do głowy zmodyfikowaliśmy nasze plany. Zejście w dół, godzinny odpoczynek przy czekaniu na autobus do Żywca i powrót.

Krótki i intensywny wypad był jednogłośnie najciekawszym naszym wypadem. Już nie możemy się doczekać następnego. Jak się okazuje wcale nie trzeba jachać daleko i w wysokie góry by ciekawie, intensywnie i z trudnościami przeżyć ciekawy weeken w górach.

Info Więcej zdjęć z tej wyprawy w naszej galerii Majowy Weekend

Copyright © 2006 - 2017 http://mojegory.com.pl • Strona głównaPolityka prywatnościGaleria zdjęćForumRelacjeKontaktKanał RSS